FANDOM



Hqdefault-2

Marek Czerniawski - doktor historii, współtwórca Podlasia XXI wieku, wraz z Czeczetkowiczem wrzucił multum bezsensownych filmików na kanał P21TV.



Biografia

Czerniawski przez wiele lat był członkiem partii Krzysztofa Kononowicza, jednak w wyborach prezydenckich 2010 postanowił zdradzić swojego przewodniczącego i samemu zgłosić swoją kandydaturę z ramienia KWW Podlasie XXI wieku. Według Krzysztofa Bożego Czarniawski "żadnym doktorem nie jest, tylko podpiera się lewymi papierami". Krzysztof wie, kto był profesorem Marka Czarniawskiego i zna go osobiście, pewnego razu pojechał do niego i prosił by Marek mógł dokończyć robić swój doktorat, a nawet błagał na kolanach o to, jednak profesor nie wyraził zgody, by Czarniawski został doktorem, ponieważ jest on człowiekiem niegodnym.
Images

Obecnie dr Marek Czerniawski wykłada na Uniwersytecie Podlasie XXI Wieku, wypowiada się też na tematy polityczne na kanale Czeczetkowicza. Po konflikcie i ostatecznym rozejściu się dróg Krzysztofa Kononowicza i Adama Stanisława Czeczetkowicza nazwał tego pierwszego konfidentem i pazernym oszustem. Ogłosił też publicznie, że Konon przejadł i przepił zasiłek pogrzebowy, który dostał po śmierci matki. W 2016 roku prze krótki czas współpracował z nijakim Sandżają z Lechii, jednak szybko został przez niego rozpracowany jako agent ciemnej strony mocy i wygnany z powrotem do Białegostoku.



Ciekawostki

  • Doktor Marek Czerniawski to pierwsza postać z Universum (za wyjątkiem rodziny) która znała Kononowicza, poznali się kilka lat przed słynnymi wyborami w 2006 roku gdy obaj byli członkami komitetu wyborczego Konfederacja Ruch Obrony Bezrobotnych 
  • To Czerniawski wpadł na pomysł by wystawić Konona w wyborach
  • Przewodniczący Kononowicz zna wiele kompromitujących faktów dotyczących Marka Czarniawskiego, jednak jako chrześcijanin nie chce go publicznie oczerniać. Mimo to faktem jest, że doktor Czarniawski nie wie nawet ile to jest dwa razy dwa.
  • Z planów obalenia Konona przez Czerniawskiego ostatecznie nic nie wyszło, sam Krzysztof poparł natomiast kandydaturę na prezydenta znanego z Telewizji Narodowej, rzeźbiarza narodowego Bartłomieja Kurzeję a gdy  Kurzei nie udało się zebrać podpisów udzielił poparcia Kaczorkowi. 

Marek Czerniawski przerywa milczenie

Po latach milczenia dr Marek Czarniawski ujawnił kulisy medialnego spektaklu pod nazwą: Krzysztof Kononowicz. Tekst zamieścił na swoim blogu. Oto on:

"W moim domu rodzinnym zawsze z sympatią mówiło się o wszelkiego rodzaju dziwakach, wiejskich oryginałach, wędrownych dziadach, zwyczajnych, acz nieprzeciętnych ludziach. Jak przez mgłę pamiętam scenę z dzieciństwa, gdy moja babka udziela po chrześcijańsku jałmużny długobrodemu wędrowcowi. Dziadkowie uważali, że grzechem byłoby proszącego nie nakarmić, jednak byli na tyle rozsądni, aby nieznajomego na noc pod dach nie przyjmować i gdy się pożywił, odsyłali go do sąsiadów. W każdej z okolicznych wsi na moim rodzimym Podlasiu pomiędzy Brańskiem a Boćkami przynajmniej jeden taki cudak mieszkał. Pan Wojtkowski np. zwykł był wozić się zaprzęgając jednocześnie konia i wołu. Musiało to być jeszcze przed moim narodzeniem, gdyż nigdy takiego pojazdu nie widziałem, a wiem o tym z opowiadań ojca; niemniej ów zaprzęg musiał budzić na swojej trasie nie lada sensację i wszyscy wiedzieli, że to pan Wojtkowski podróżuje. Ów obywatel choć zamożny zwykł był przepasywać się słomianym powrósłem zawsze kiedy załatwiał urzędową sprawę. Na zwróconą sobie uwagę o niestosowności stroju odpowiadał rezolutnie: „Jaka władza, taki obywatel”. Mieszkaniec innej pobliskiej wsi odbywał dalekie rekonesanse po całym kraju objeżdżając wszystkie znane sobie jednostki wojskowe. Przyjmując, że działo się to w latach 60-tych i 70-tych, takie hobby trąci wręcz szpiegostwem. Żeby daleko nie szukać, sąsiad zza płotu, przysłowiowy „głupi Jasio”, który doprowadził do ruiny kwitnące gospodarstwo przejęte po ojcu, podczas gorącego czasu żniw (żęto jeszcze u nas wówczas sierpami), siadał na wóz i nagabywał do pośpiechu matkę, która równocześnie żęła zboże, wiązała je w snopy i podawała synowi. W ten sposób robota szła im najsprawniej.

Mój ojciec jest kopalnią takich anegdot, pamięta chyba każdą zabawną historię, gafę czy przygodę która wydarzyła się na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat w jego parafii.

Jestem zwolennikiem utylitaryzmu wiedzy. Zdobyta dogłębna wiedza teoretyczna powinna czemuś służyć. Chociaż od historyka wymaga się obiektywizmu, to już dokonując wyboru tematu dysertacji czynimy to subiektywnie. Kto wie jaki wpływ na moje zainteresowania badawcze wywarły bajania ojca? Postanowiłem napisać biografię Sławoja, który uważany był za oryginała, nieco dziwaka, z pewnością człowieka wymykającego się konwencjom. Jak stać się znanym i rozpoznawalnym? Dziś w epoce internetu to banalnie proste. Każdy gimnazjalista wie, że wystarczy nagrać film w szkolnej toalecie i załadować go do sieci. Czy każdy może stać się celebrytą? Nie gwiazdą jednego sezonu, ale guru, którego losem interesują się tysiące ludzi. Jak podsycać ich zainteresowanie? Z całą pewnością potrzebny jest pewien pakiet cech wyjściowych. Młodzi adepci kabaretu dokonują cudów charakteryzacji aby z samców alfa przeistoczyć się na estradzie w postacie o komicznym wyglądzie. Komicznego naturszczyka obdarzonego nieproporcjonalnie przewagą aspiracji nad kompetencjami, łatwo już przeistoczyć w awangardowego artystę łączącego różne formy sztuki, w tym wypadku politykę i kabaret.

Od dzieciństwa nie lubiłem tego miasta, kojarzy mi się z przemocą, perwersją i przestępczością jaką przywozili moi kuzyni i rówieśnicy spędzający wakacje u swoich babć na spokojnej wsi. Rówieśnicy z Białegostoku zarażali tym co sami przyswoili w białostockich szkołach, a wręcz deprawowali nas spokojne wiejskie dziatki. Traumatycznym przeżyciem dla Krzysztofa Kononowicza była tragedia jaka w białostockiej szkole spotkała jego brata. Bogusław został ciężko pobity w wyniku czego odniósł trwałe inwalidztwo. Znany z nazwiska sprawca za protekcją wpływowego tatusia nigdy nie poniósł kary, a ofiara nigdy nie otrzymała zadośćuczynienia. Dla mnie takim traumatycznym przeżyciem była odmowa zatrudnienia mnie w Instytucie Pamięci Narodowej. Latem 2006 odmówiono zatrudnienia mnie, jesienią odbyły się wybory samorządowe w których zaistniał Kononowicz. Gdyby decydenci IPN-u podjęli inną decyzję, być może nikt dziś nie słyszałby o Kononowiczu. Z pewnością nikt by nie słyszał.

Kolejny element utwierdzający mnie w przekonaniu, iż decyzja o wystawieniu Kononowicza była słuszna to fakt, że spośród ówczesnych kontrkandydatów na stanowisko prezydenta, dziś dwóch zostało skazanych wyrokami sądowymi (Marek K. i Krzysztof S.). Moim oponentom zadaję pytanie: gdyby w drugiej turze spotkali się Krzysztof Kononowicz i skazany za przestępstwo Marek K. - na którego z nich oddałbyś głos? Tak to pogańskie miasto. Czytałem wspomnienia działacza PPS, który na początku XX wieku miał być oddelegowany do pracy partyjnej z podczęstochowskiego Rakowa do Białegostoku właśnie. Bronił się przed tym jak mógł, tu można było stracić życie. Dziś też można, wystarczy, że nie zapłacisz za kurs taksówką. Łowcy mocnych wrażeń wiedzą jak smakuje zbiorowy lincz na pijaczku i poczucie całkowitej bezkarności czynu. Ja w każdym razie nigdy nie wsiadam do taksówki pewnej firmy. Tutaj na ulicy możesz zostać napadnięty tylko dlatego, że pracujesz, z zawiści. Boją się zaczepić pijaczka, ale człowieka pracującego zelżą i jeszcze zadzwonią ze skargą do twego pracodawcy, że to ty ich obraziłeś. „Czują satysfakcję jak spadasz na dno”- słusznie zauważa białostocki raper ARM.
Ja też miałem swoją za poniżenie w IPN. Olbrzymią satysfakcję sprawił mi widok debaty 6 kandydatów na prezydenta miasta w reprezentacyjnej sali Klubu Biznesu, gdzie obok byłego prezydenta Ryszarda Tura, prezydenta elekta Truskolaskiego, byłych posłów i prezesów miejskich spółek zasiadał jak równy z równymi skromny nikomu szerzej wówczas nie znany mieszkaniec przemysłowej dzielnicy Starosielce. Jedynym odczuwalnym efektem tej debaty był fetor którym to przesiąkły ich drogie garnitury. Turecki zakupiony za 20 złotych przez mamusię sweterek, w którym Kononowicz wystąpił podczas tej debaty już wkrótce stał się najbardziej rozpoznawalnym i pożądanym ciuchem w kraju i ceną dorównywał markowym garniturom białostockich politykierów.
Autorytety nie istnieją. Najlepszym przykładem jest ostatni wpis na S24 profesora kreującego się na takowy w kwestii innowacyjności gospodarki. Profesor nie rozumie, że uznawana przez niego za innowacyjną firma wydając kilkanaście milionów złotych na rzekome badania nad poprawieniem jakości betonu, a która uzyskała na ten cel dotacje UE, jest w istocie grabieżcą publicznych pieniędzy. Nie ma sensu prowadzić badań nad „innowacyjnością” betonu, ten który jest znany do tej pory okazuje się wystarczająco dobry pod warunkiem, że zostanie zmieszany zgodnie z normami, a nie będzie zafałszowany jak to się na budowach powszechnie praktykuje. Skoro to nie ma sensu, to tym bardziej bezcelowe jest prowadzenie przez profesorów badań nad firmami produkującymi beton. Przy okazji sprawy Kononowicza obnażyliśmy ogrom ludzkiej głupoty tkwiącej w głowach tzw. „autorytetów”, a wypowiadających się publicznie o nim. Adama Czeczetkowicza poznałem na ulicy w 2005 roku gdy prowadził protest przeciwko niesprawiedliwości sądów. To on jest awangardą walki o wolność. Dopiero dziś po 7 latach komitety obrony przed sądami powstają w całym kraju. Dziś to już sprawa przebrzmiała. Trzeba się tym było zająć wcześniej, wówczas gdy robił to Adam. Dziś należy zająć się już poważniejszymi problemami. Grozi nam fizyczna zagłada, holokaust, jeżeli nie całemu rodzajowi ludzkiemu, to przynajmniej nam Polakom. Polakom zgotowali ten los. Pojąłem to od razu i postanowiłem Adamowi pomóc. To Czeczetkowicz miał być publicznie rozpoznawalny, Kononowicz zawsze był dla mnie narzędziem. I wcale nie jest to uwłaczające czyjejkolwiek godności. Skoro dla dobra Ojczyzny można poświęcić życie, to dlaczego nie poświęcać jej własnej godności, śmieszności? Skoro dla Polski „nie żal żyć w nędzy”, to nie jest też żal żyć w pogardzie i potępieniu, ale dla Niej. Tym bardziej, że już dawno finansową satysfakcję za rzekome czy urojone „wykorzystywanie” przez nas Kononowicz otrzymał z nawiązką.
Żadne reformy, nijakie plany naprawy państwa nie powiodą się jeżeli nie zapytacie o poradę członków Komitetu Obywatelskiego Podlasie XXI wieku. Mamy gotowe rozwiązania, mieliśmy je na długo przed tym, zanim Orban wprowadził je w życie w swoim kraju. Możecie „na złość babci” kroczyć dotychczasową drogą donikąd, obstawiajcie dalej Kaczyńskiego, Ziobrę, kluby „Gazety Polskiej”, edukujcie społeczeństwo krążąc po kraju, twórzcie religię „pancernej brzozy”. Oczywiście są to działania szlachetne, macie do nich prawo. Jeżeli jednak to czynicie wespół z Pawłem Lisickim, Michałem Karnowskim, z ludźmi, którzy swoimi działaniami wyrządzili nam osobistą ogromną krzywdę, nie po drodze mi z wami. „Spieprzajcie dziady” tak dokładnie o Adamie i o mnie napisał Karnowski. Natomiast obrzydliwe sługuski Lisickiego „Konony w spódnicach” Małgorzata Solecka i Elżbieta Południk doprowadziły do zwolnienia Czeczetkowicza z pracy. Taka była wszakże pierwotna, podstawowa forma działalności Kononowicza, kontynuowana zresztą do dzisiaj. Kononowicz zajmuje się pisemnym i telefonicznym składaniem donosów na ludzi. Oczernia ich przed pracodawcami, aby samemu złożyć profesjonalne CV na upatrzone stanowisko. Oczywiście dziś żaden pracodawca nie traktuje takich telefonów poważnie. Ale w czasach gdy Konon nie był powszechnie znany, z pewnością zaszkodził wielu ludziom.
Gdy mainstreamowe media ustaliły już „kto stoi za Kononowiczem”, ku swojej radości odkryły, że jest to „nacjonalista”, „faszokatol”, a nawet „antysemita”. Jeszcze przed wyborami ukazał się w „Rzeczpospolitej” artykuł oskarżający Adama Czeczetkowicza o te najgorsze według „salonu III RP” „zbrodnie”. Za te insynuacje odpowiadają trzy osoby, autorka, kierowniczka działu i naczelny: Południk, Solecka, Lisicki. Wysłałem wówczas kilka maili do redakcji protestując przeciwko ubecko-uopowskiej technice podawania informacji o ludziach bez prawa do głosu obiektu ich manipulacji. Pracowali ostro przez kilka dni i wysmażyli drugi artykuł, w którym „anonimowy czytelnik” informował ich, że podczas zakupów w markecie budowlanym Leroy Merlin spotkał Adama Czeczetkowicza pracownika tej firmy, a ów zachwalając zalety grzewcze kominków wyraził się jakoby można w nich palić „nawet żydami”. Całkowicie nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Manipulatorzy z „Rzepy” zapewne sądzili, że Adam zajmuje tam kierownicze stanowisko, tymczasem on magister pedagog używany był przez ten koncern do tragania worków z cementem. Spotykałem Adama po wyczerpującej zmianie, jak z zapałem rzucał się w wir czynności wyborczych, kiedy go zwolniono, miał więcej czasu na kampanię. Od tej pory nigdy w Leroy nic nie kupiłem.
Sprawa oskarżeń o antysemityzm również jest ciekawa. Oto szedł sobie ulicą Mickiewicza pracownik Zakładu Medycyny Sądowej Wojciech Stępniewski. Jego wrażliwy umysł zauważył na budynkach plakaty, które mu się wydały nawoływaniem do nienawiści wobec żydów. Wzburzony zawiadomił odpowiednie organa, które szybko ustaliły, że o rzut beretem od Mickiewicza zamieszkuje znany i rozpoznany „wróg bratniego narodu” Adam Czeczetkowicz. Nie lubię Greków. Nie oburzacie się czytając to, nie pytacie nawet dlaczego i nie zawiadamiacie prokuratury. Nie obawiam się konsekwencji tego co napisałem. Raczej nic mi nie grozi za ten wpis. Gdybym napisał to samo o „bratnim narodzie”, wpis nie powisiałby tu długo a ja jutro o 6 rano miałbym najazd smutnych panów. Tradycje poszukiwania przez to państwo protekcji i internacjonalnego braterstwa są wieloletnie. Nie sposób sobie wyobrazić kodeksu karnego bez takich zapisów.Chciałem sprawdzić kim jest ów Stępniewski. W internecie odnalazłem czarną listę lekarzy stowarzyszenia Primum Non Nocere, na której figurowało to nazwisko. Użytkowniczki o pseudonimach „Dagmara”i „Ostróda” oskarżały Stępniewskiego o żądanie usług seksualnych, przyjmowanie łapówek w postaci żywności, o ordynarne odnoszenie się do pacjentek oraz zarzucały, iż bezkarnie potrącił pieszego na pasach. Z wydrukami w ręku odwiedziłem Okręgową Izbę Lekarską oraz Akademię Medyczną. Pogrzebali w swoich bazach i ze zdumieniem zauważyłem, że nie są zainteresowani wyjaśnianiem sprawy. Postanowiłem nie odpuszczać. Nigdy nie odpuszczam, gdy mnie ktoś zlekceważy. Z akt sprawy Adama wiedziałem, że delikwent zamieszkuje w Zabłudowie. Ponadto na terenie tej gminy znajduje się Dom Dziecka w którym Adam pracował jako wychowawca. Jego dyrektorka Anna Zieniewicz wystąpiła w ohydnym programie „Superwizjer TVN”, zapoznała dziennikarzy z aktami personalnymi Adama, ogólnie nieprzychylnie publicznie wypowiadała się o byłym pracowniku.
 
Od Adama słyszałem, że gdy jakieś dziecko źle się czuło, dawał on mu łyżkę cukru, kuchnia nocą jest nieczynna. A dziecko ma prawo być głodne nawet w nocy. Ale taki jest system. Podobno placówka otrzymywała transporty ubrań z zagranicy, którymi palono w kotłowni. Lepiej ciuchami niż...
Zatrudniłem się w Zabłudowie jako listonosz. Zarabiałem dwukrotnie więcej niż mi oferowano w IPN-ie. Odwiedziłem Annę Zieniewicz, poznałem jej rodzinkę. Ustaliłem szybko, że Wojciech Stępniewski zmarł. Jednak Pan Bóg jest sprawiedliwy.
Krzysztof Kononowicz miał w zwyczaju odwiedzać wszelkie miejskie instytucje, kiedy więc usłyszał o Ruchu Obrony Bezrobotnych, tylko kwestią czasu było nasze spotkanie. Zleciłem mu chrzest bojowy. W roku 2005 przygotowywałem spotkanie z mieszkańcami miasta kandydata na prezydenta RP Adama Słomki. Ogromne żółte plakaty zapowiadały debatę prezydencką w Hotelu Branicki. Kononowicz dokładnie obkleił nimi centrum miasta, a frekwencja była wysoka. Oczywiście Kononowicz nie byłby sobą gdyby nie wydzwaniał za moimi plecami do Adama Słomki proponując siebie jako szefa Ruchu. Warto wspomnieć, że spotkanie ze Słomką w Białymstoku odbywało się w wieczór poprzedzający katastrofę pod Jeżewem. Gdy w czwartek w nocy Adam Słomka powracał do Warszawy jego samochód wpadł w tamtej okolicy w poślizg, jak mi opowiadał szosa była w tym miejscu strasznie śliska (wrzesień). Po roku przed wyborami samorządowymi zakładając Komitet wyborczy Podlasie XXI wieku poszukiwaliśmy kandydatów i postanowiliśmy wciągnąć Kononowicza na listę wyborczą. Ponieważ Kononowicz był jedynym chętnym, Adam Czeczetkowicz zgłosił go też w wyborach prezydenckich. Pierwszą akcją był transparent z nazwiskiem nieznanego nikomu kandydata trzymany przed Bazyliką Archikatedralną w niedzielę gdy ludzie wychodzili z kościoła. Przypomniałem sobie o naszej niedawnej akcji, gdy wraz z Adamem Słomką i grupą bezrobotnych opanowaliśmy wejście do budynku TVP na Woronicza. Namówiłem kolegów na odwiedzenie budynku białostockiej telewizji. Na portierni strażnik z Konsalnetu popadł niemal w histerię, wszystko filmował Adam. Z tej akcji pochodzi nasz pierwszy historyczny teledysk „Święta rzecz” z podkładem muzycznym grupy White Fist. Nie udało się w TV Białystok, ale lokalna Telewizja Jard zezwoliła Kononowiczowi na zaprezentowanie na jej antenie programu wyborczego. To wystąpienie zostało umieszczone w sieci, na zupełnie mi wówczas nie znanym serwisie Youtube. W czwartek poprzedzający termin głosowania otrzymałem wiadomość, że film z Kononowiczem ma już pół miliona wejść. Później do zamieszczenia nagrania w internecie przyznawał się nieznany nam wcześniej młody człowiek Oskar W.Jednak poza jego oświadczeniem nie ma na to dowodów.Ten sam Oskar znany później z pytania do Jerzego Buzka o żydowskie pochodzenie na „Przystanku Woodstock”. To Oskar wystąpił w roli agenta i „wkręcił” Kononowicza do filmu „Ciacho”. 

 
„W rewolucyjach potrzebne dziwaki” - napisał wieszcz. Tak nasz Komitet Podlasie XXI wieku składa się z oryginałów. Nazwę komitetu zaproponował bezrobotny prawnik Andrzej P., któremu media przypisują udział w terrorystycznym incydencie. A mnie przychodzi na myśl wielki człowiek. Piłsudski dokonywał ekspropriacji carskich pociągów, zmuszony był też symulować chorobę umysłową.
Ogrom krzywd jakich doznał Adam Czeczetkowicz może być porównywany z prześladowaniami polskich patriotów w okresie stalinizmu. Znaczek przyczepiony do kurtki stał się powodem brutalnej napaści na niego pod pomnikiem bohaterów wojny polsko-bolszewickiej w białostockim Zwierzyńcu. Grupa około 40 lewaków z tzw. Antify tak długo kopała leżącego Czeczetkowicza, aż sami wystraszyli się, że już nie daje oznak życia i zostawili go na pastwę losu. Ale także dawni koledzy z Młodzieży Wszechpolskiej uważali Adama za zdrajcę, pomalowali w wieczór wigilijny drzwi jego mieszkania krwią, napadli go w kilku używając japońskiego miecza i połamali mu rękę. W tych sprawach policja nie wykryła sprawców, a zeznania Adama sąd uznał za niewiarogodne i sugerował, że Czeczetkowicz pokaleczył się sam. Ogromny błąd popełnił Adam nawiązując współpracę z Leszkiem Bublem. Jego prowokacyjne pisma miały za zadanie kompromitować polskich patriotów, a podczas procesu okazało się że Bubel wspierany jest przez jedno z wpływowych środowisk żydowskich. Przedstawiciel tegoż wystąpił jako świadek obrony zeznając na korzyść Bubla i obciążając innych oskarżonych. ABW ukradła sprzęt komputerowy Czeczetkowiczowi, a wystarczyło zabezpieczyć twarde dyski i nośniki, prokuratura zatrzymała mu paszport z ważną wizą amerykańską. Prok. Izabela Bohdziewicz z gorliwością neofitki przystąpiła do tropienia zbrodni Adama. Ta sama prokuratorka zawiesiła na czas kampanii wyborczej śledztwo przeciw Krzysztofowi Putrze za nieprawidłowości w spółce Lech. Od procesu uchroniła Putrę smoleńska katastrofa. W tym czasie umierał w Nowym Jorku ojciec Adama. Sąd w osobie Beaty Wołosik nadesłaną dokumentację medyczną uznał za niewiarogodną, a zdjęcia z sali szpitalnej za fotomontaż. Adam już nigdy nie zobaczył ojca, który wkrótce zmarł. Stalinowskie ubeckie metody w czystej formie! Nie zezwolono mu też na udział w pogrzebie ojca. Beata Wołosik nie dopuściła aby zeznawali świadkowie obrony zgłoszeni przez Adama. Czeczetkowicza ogłosiły winnym jeszcze przed zapadnięciem formalnego wyroku białostockie merdia m.in. „Kurier Poronny”, podając wbrew prawu jego nazwisko do wiadomości publicznej. Sędzia Wołosik tylko przyklepała antypolski lincz medialny. Hańba im na wieki. "